zorza

Ktoś nam zgasił światło. Noc polarna na Islandii.

Budzisz się o 7.30 rano, a za oknem jest całkiem czarno. Włączasz sztuczne słońce, robisz mocną kawę i przez chwilę tępo patrzysz na białe światło lampy. O 8 rano w ciemności wychodzisz do pracy. Śniadanie jesz w nocy. Drugą kawę – o 10.00 rano – popijasz patrząc na księżyc. O 11.20 zastanawiasz się już nad lunchem, a słońce jeszcze nie wzeszło. Coś szarego pojawia się za oknem koło południa, by trzy-cztery godziny później zniknąć. O 17.00 masz wrażenie, że jest już bardzo późno, ale chcesz jeszcze pobiegać albo pójść na siłownię. „Jak to, w środku nocy?!” – zdaje się pytać twoje ciało. Witamy na Islandii zimą.

„Nie chcę, żeby było ciemno” – usłyszałam dziś rano. Była ósma, a za oknem faktycznie czarność. „Spokojnie, jeszcze tylko pół roku” – odpowiedziałam. Śmiechom nie było końca.

Godzina 9:58 rano – planuję trasę na sobotni trening biegowy w górach

A tak serio, to początek listopada jest momentem, w którym wpełzające do naszych domów noce polarne zaczynają już dawać się we znaki. Codziennie tracimy około 5 minut światła (co znaczy, że codziennie słońce wstaje później i zachodzi wcześniej), dlatego wrażenie zapadnięcia kompletnego zmroku przypomina zgaszenie światła. Dokładnie tak samo jest w okresie letnim, kiedy nagle robi się jasno. Tym razem jednak jesteśmy po, parafrazując klasyczny przebój Pink Floyd, dark side of the earth, więc słońca nie ma.

Czym jest noc polarna?

W dużym skrócie, to zjawisko występujące w miejscach o szerokości geograficznej 67°23′ obu półkul, Islandia ma szerokość 63°24′ – 66°33, a więc nie przekracza wartości, za którą mielibyśmy tu noc równo przez 24 godziny, jak w północnej Grenlandii czy na małej wyspie Grimsey należącej administracyjnie do Islandii. Słońce zimą tutaj wprawdzie wschodzi, ale – jak powiedział raz mój kolega Islandczyk – „tylko ledwo nad horyzont, więc się nie liczy”.

Wkrótce – szczególnie w połowie grudnia aż do początku lutego – słońce będzie podnosić się nieznacznie nad horyzont o 11.20 i zachodzić o 15.40. Oznacza to, że dzień będzie trwał nieco ponad 4 godziny. Przy dobrej pogodzie na tę chwilę potrafi zrobić się dosyć jasno, szczególnie jeśli spadł śnieg i promienie się od niego odbijają. Wrażenie jest jakby ktoś zapalił lampę prosto w oczy, bo mniej więcej na takiej wysokości jest tarcza słońca.

Ale jeśli pogoda jest kiepska i niebo zachmurzone, raczej nie robi się jasno. Jak przetrwać coś takiego? Uczę się tego najstarszym i najskuteczniejszym sposobem: obserwując lokalsów.

Widok na Reykjavik ze wzgórza Ulfarsfell w styczniu o godz. 10:11 rano

„Pierwsza zima i noc polarna na Islandii jest ekscytująca” – usłyszałam tu przed swoją pierwszą zimą i nocą polarną od dziewczyny, która przyjechała do Islandii z Litwy kilka lat wcześniej. „Ale zadbaj o sobie. Przede wszystkim jedz witaminę D. Dużo witaminy D. Garściami, jedz ją cały czas” – mówiła zupełnie poważnie.

Witamina D słowem (każdego) roku

O witaminie D słyszy się tutaj na każdym kroku. Przez całe swoje życie nie usłyszałam i nie wypowiedziałam słów „witamina D” tyle razy ile przez pierwszy rok na Islandii. Można by powiedzieć, że panuje tu obsesja witaminy D i widać, że Islandczycy od najmłodszych lat uczeni są o konieczności uzupełniania niedoborów tego ważnego elementu. Zresztą, w przedszkolach cały czas podaje się tu tran.

Styczeń, godzina 10.45 rano i zjawisko perłowych chmur na niebie

Witaminę D nasz organizm przyswaja przede wszystkim z syntezy promieni słonecznych. Im większa powierzchnia ciała wystawiona jest na działanie słońca, tym więcej witaminy dostaje się do naszego organizmu. „Dlatego baseny termalne są tu tak popularne” – mówiła mi kiedyś Jóna, Islandka, z którą pracowałam. Odkryte baseny termalne znajdziemy w każdej miejscowości. „Przez większość roku tylko tam możesz się rozebrać i pobyć na słońcu” – opowiadała znajoma. Przed zimnym wrześniowym czy październikowym wiatrem chroni nas gorąca woda. A i w grudniu czy styczniu, na tę parę godzin słońca, można się do niego wystawić w wodzie.

Poza tym, zimą pozostaje już tylko czerpanie witaminy D z suplementów diety. Jest to konieczne, bo niedobór tej witaminy powoduje spustoszenie w organizmie, zarówno naszej fizycznej jak i psychicznej kondycji. Zawały, problemy z jelitami, kośćmi, oczami – wszystko to może być skutkiem braku witaminy. Do tego problemy psychiczne. Osłabienie, obniżenie nastroju, pogłębienie depresji lub wystąpienie jej epizodów. To w Islandii duży problem. W latach 90. wskaźnik samobójstw wyskoczył nagle w górę (ponad 16 na 100.000), znacznie powyżej normy krajów nordyckich. Później na moment spadł, ale od 2005 roku znów sukcesywnie rośnie (około 14 punktów). Kiedy rozmawiałam o tym ze swoimi znajomymi, mówili: „każdy tutaj miał w rodzinie lub wśród przyjaciół kogoś, kto popełnił samobójstwo”. Rozmowy o kondycji psychicznej, problemach, chodzeniu na psychoterapię, są w społeczeństwie normą i nie są tabu, jak to pamiętam z Polski. Zdrowie psychiczne traktowane jest tutaj równie poważnie, co fizyczne. Zapobieganie depresji to poważna sprawa w Islandii.

Godzina 11.40: wschód słońca w górach

Ja sama, podczas swojej pierwszej zimy, początkowo grzecznie – wedle zaleceń kolegów – przyjmowałam witaminę D, ale później o tym zapominałam, a w końcu uznałam, że „bieganie jest moja witaminą” i dziewczyny z Zakopanego jakaś tam ciemność nie ruszy.

Skończyło się zawrotami głowy, poważnymi problemami psychicznymi, brakiem energii i siły nawet do spacerowania, konieczności przeprowadzenia badań serca i kompleksowych badań z krwi. Kiedy lekarz usłyszał, że przez całą zimę nie brałam witamin, ledwo powstrzymał się od puknięcia w czoło.

Sztuczne słońce

Występowanie depresji sezonowej w Islandii spowodowane ciemnością wiąże się nie tylko z witaminą D, ale ilością światła i temperaturą w ogóle. Światło wpadające do naszych oczu pomaga w regulacji neuroprzekaźników i hormonów, a jego permanentny brak mocno ten proces zaburza. Wtedy mówimy o depresji afektywnej sezonowej – po angielsku Seasonal Afectional Depression, w skrócie SAD. Jest też islandzkie słowo na ten problem: skammdegisthunglyndi, co można tłumaczyć jako „krótka depresja”. Jedną ze skuteczniejszych form leczenia jest fototerapia, do której wykorzystuje się specjalne lampy, zwane „SAD lamps”, co czasem tłumaczy się jako „smutne lampy”. A w zasadzie „lampy na smutek”.

Znajdziemy je w większości islandzkich domów. Są to lampy, których światło jest dużo silniejsze niż zwykłej żarówki, bo o częstotliwości zbliżonej do światła słonecznego. Przy ciężkich stanach poleca się spędzanie z lampą kilkudziesięciu minut dziennie. Ja po prostu włączam ją rano, w ramach imitacji wschodu słońca (niektóre lampy rozświetlają się powoli, faktycznie to naśladując).

Lampa do fototerapii

Kiedy za oknem mamy noc non stop, łatwo wpaść w pułapkę niewychodzenia z domu i zalegania przed Netflixem na długie godziny. Dlatego, choć często trzeba się do tego zmuszać „autoprzemocą”, ćwiczenia fizyczne są konieczne. Absolutnie niezbędne. To zresztą słyszałam tu przed swoją pierwszą zimą: „siłownia, koniecznie, zajęcia fitness, bieganie, cokolwiek, musisz się ruszać”. Chodzi nie tylko o pracę nad formą i kondycją, która pomaga w walce z obniżeniem nastroju i brakiem energii, ale też o to, żeby wychodzić do ludzi, żeby być aktywnym.

Dziś jest o to szczególnie trudno, bo w dobie pandemii koronawirusa, wszystkie siłownie i baseny są zamknięte, pozamykane są również inne miejsca, gdzie ludzie mogli się socjalizować (choćby to były tylko bary). Podejrzewam, że szybkie wprowadzanie ostrych restrykcji i lockdownu w Islandii teraz ma pomóc poradzić sobie z koronawirusem przed największymi ciemnościami, bo wtedy to nie tylko wirus będzie zagrożeniem dla zdrowia, a najpewniej również i życia mieszkańców Islandii.

By nie skończyć tego tekstu zbyt – nomen omen – depresyjnie muszę dodać, że:

  1. Doświadczanie nocy polarnej może być ekscytujące. Mieszkańcy wyspy wprawdzie nie do końca rozumieją co wartego uwagi jest w wiecznych ciemnościach, ale ja sama pamiętam swoją pierwszą wizytę na Islandii zimą i podniecenie towarzyszące oglądaniu czarnej nocy o 9.00 rano.
  2. Noc polarna w Islandii oznacza mnóstwo czasu na wypatrywanie zorzy polarnej na niebie. Nie rozświetla go więc słońce, ale tańczące zielono-czerwono-niebieskie łuny… też całkiem niezły widok.
  3. Kiedy spada śnieg, można odnieść wrażenie, że naprawdę jest jasno. Każdy promień światła, czy to słońca czy księżyca, odbity przez śnieg potrafi rozświetlić mroki.
  4. W nagrodę za przetrwanie tych kilku miesięcy ciemności dostajemy pół roku permanentnego dnia i białych nocy. Warto? Warto.

Kaśka Paluch

depresja sezonowa, fototerapia, islandia, noc polarna, sad lamps, skammdegisthunglyndi, wskaźnik samobójstw na islandii